W blisko połowie drogi do Białegostoku

PLFA

Przed nami ostatnia prosta w rozgrywkach sezonu zasadniczego Topligi (najwyższej klasy rozgrywkowej w naszym kraju), a więc pora na małą listę przemyśleń, wniosków i oczekiwań na pozostałą część futbolowej „Ekstraklasy”.

W sezon 2016 wchodziliśmy, jak co roku, z ogromnymi nadziejami, że nareszcie doświadczymy wyrównanej walki o najcenniejsze trofeum w polskim świecie futbolu amerykańskiego. O ile Seahawks Gdynia, Panthers Wrocław i (pomimo dopiero drugiego sezonu, ale jednak) Primacol Lowlanders Białystok, to krajowe elity, które są tak oczywiste w prezentowaniu wysokiej formy, że wychwala się je naturalnie i bez przeszkód, to jednak Husaria Szczecin, Warsaw Eagles, a nawet Warsaw Sharks stawiano w roli faworytów do śmiałej i wyrównanej rywalizacji.

W Szczecinie – nowy trener + zdecydowane wzmocnienia kadrowe z bogatym doświadczeniem. W Warszawie – przebudowa sztabu szkoleniowego, zarządu, a wszystko dopełnione nowymi zawodnikami ze szczebla reprezentacyjnego. Natomiast Sharks – choć z lekkim przymrużeniem oka – wykreowali ciekawy kolektyw i pomysł na grę, która rok temu (pomimo przedostatniego miejsca w tabeli) wlewała w serca kibiców i sympatyków sporo nadziei, a dodatkowy impuls to aprobata ze strony samego Babsa!

Rzeczywistość, na blisko półmetku sezonu, szybko zweryfikowała nasze oczekiwania. Elita pozostała ta sama, choć z małą poprawką, bo w tym roku nie Panthers, a Seahawks Gdynia pozostaje jedyną niepokonaną drużyną, od czasu bezpośredniego pojedynku między tymi gigantami. Meczu, którego może nie będziemy dobrze wspominać ze względu na morze pływających – w przenośni i dosłownie – żółtych flag na boisku i zarazem antysportowego widowiska – choć na swój sposób emocjonującego, bo nie często ogląda się mecz, w którym rozstrzygnięcie przychodzi na sam koniec, w ostatniej akcji, sekundzie… Szaleńcza radość pomieszana z żalem i gniewem, ale czy to ważne? Mistrz, po raz kolejny, pokazał swoją wartość i aspiracje, a Pantery musiały przełknąć gorycz porażki już na początku sezonu z odwiecznym rywalem i to na WŁASNYM boisku, które przecież znów miało być twierdzą. Paradoksalnie możemy wyciągnąć sporo plusów z takiego przebiegu spraw:

+ Panthers dostali „pstryczek w nos”, dzięki czemu nie nabiorą zbyt dużej pewności siebie, która gubi ich w walce o tytuł,

+ Seahawks tryumfują, ale wciąż mając sporo do poprawy, a więc mentalnie są na fali, ale do tytułu nieprzejednanego hegemona jeszcze brakuje,

+ Starcie „Tytanów” wcale nie odstraszyło, a jedynie wzbudziło wiarę w sukces wśród pozostałych zespołów (w tym Lowlanders).

Zresztą, balonik wśród kibiców i dziennikarzy został tak napompowany przed tym meczem, że teraz nie sposób pamiętać o jed(y)nym z najlepszych meczów, które dano nam było do tej pory oglądać. Starcie w pierwszej kolejce Seahawks z Primacol Lowlanders, to jak do tej pory najlepsza wizytówka tegorocznego sezonu. Twardy mecz na styku, dwóch równorzędnych ekip, w którym ostatecznie wygrało pomorskie doświadczenie i rutyna (dodatkowo to jedyne spotkanie w tym roku, gdzie drużyna pokonana zdobywa 20+ punktów!). Można więc rzec, że dwa pierwsze tygodnie wzbudziły apetyty, ale dalej czekała nas sroga głodówka.

Kto w tym roku wzniesie, w geście tryumfu, najcenniejsze trofeum w Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego?

Kto w tym roku wzniesie najcenniejsze trofeum w Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego w geście tryumfu?

8 meczów i bilans zdobytych punktów (wygrany : przegrany) równy 353:27… Tylko jeden mecz, w którym nie doświadczyliśmy tzw. „mercy rule”. Na przestrzeni całego sezonu tylko jeden mecz, w którym różnica wyniosła dwa posiadania (Seahawks vs. Primacol Lowlanders). O czym to świadczy? Fakt… pytanie retoryczne, na które każdy zna odpowiedź. Dla przeciętnego fana to kibicowski dramat, dla drużyn kompletne szaleństwo, w którym do końca też nie można ocenić faktycznych sił poszczególnych klubów. Rokrocznie, pełni nadziei i optymizmu zastajemy, w utopijnej perspektywie przyszłości, szarą rzeczywistość. Tym samym statystyki śmiało można odłożyć na bok i jedynie przyglądać się poszczególnym jednostkom walczącym z przeciwnikiem i własnymi słabościami.

Po ostatnim sezonie najbliżsi elity byli Husarze. Z perspektywą nowego, utytułowanego trenera i doświadczonymi zawodnikami była szansa na coś więcej niż tylko 5 miejsce… Niestety, zniknęła ona tak szybko jak się pojawiła. Pierwszy mecz z Panterami, z początku obiecujący, w ostatecznym rozrachunku okazał się bolesnym w skutkach i już wtedy, widząc opuszczone głowy zawodników schodzących z boiska można było domniemać, że zamierzony krok w przód wcale nie wynosi tego klubu na piedestał. Każdy mecz weryfikował każdy błąd i ubytek, aż w końcu pożegnano Toko Pfeiffenbergera, a „zapłakany” i rozżalony ojciec sukcesów zachodnio-pomorskiej ekipy – Olaf Werner – wrócił na ratunek. Choć bardziej by nie wzburzyć coraz to mocniej rozszalałego morza niepowodzeń, aniżeli wybudować mocną, solidną twierdzę, jak przed laty. Aktualnie,  z żalem w sercu, muszę przyznać, że to jedno z największych rozczarowań tego sezonu.

Po ośmiu latach przerwy od ostatniego tytułu, z wielkimi nadziejami, powitaliśmy też najstarszą drużynę w naszym kraju, Warsaw Eagles. Z nowym trenerem na pokładzie i to nie byle jakim (absolwent uczelni TCU, szkoleniowiec zespołów norweskich, włoskich i brazylijskich) + nowymi twarzami w zarządzie + licznymi wzmocnieniami (Karol Żak, Tomasz Ochnio, Greg Watson, Cody Smith, Marcin Goc, Piotr Sitek). Początek sezonu był trudny, ale z każdym meczem ekipa nabiera jakości. Każde wzmocnienie odwdzięcza się w stu procentach, a zmiany w myśli szkoleniowej wprowadzane są stopniowo, z głową i na chłodno. Mimo, że do elity wciąż brakuje, to Eagles mogą stać się klubem, który będzie autorytetem w procedurze zmian strukturalnych i organizacyjnych. Nie można oczekiwać wysokich wyników od razu, ale założenia, które Dan Levy mówił nam przed sezonem widać na każdym meczu i za to powinien zyskać sobie szacunek. Może jeszcze w tym sezonie trudno stawiać ich w roli pretendenta do tytułu, ale z takim pomysłem za rok można zwiększyć oczekiwania.

IX Superfinal

Czerwona latarnia ligi pozostaje bez zmian. Czy z perspektywą poprawy? Aktualnie nie ma powodu by tak twierdzić. Kozły Poznań, to niestety klub, z którego przykładu brać się nie powinno. Na boisku kompletna dezorganizacja i pomimo takich osobistości na linii bocznej jak Bill Moore, czy Wojciech Andrzejczak, ta drużyna nie przedstawia żadnej jakości ani nawet stylu. Prawda, każdy mecz przynosi promyczki nadziei, ale w morzu wad, promyczki niewiele wnoszą… Natomiast Sharks wyraźnie brakuje Karola Żaka i Tomka Ochnio. Konkurencyjna drużyna ze stolicy nie może otrząsnąć się ze swoich strat kadrowych i to widać. Pomysł – jest, dyscyplina – jest, trener – jest, ale brakuje wykonawców…

Perspektywa drugiej części sezonu

Czy przed nami creme de la creme rozgrywek? O ile reforma ligi (choć trochę wymuszona upadkiem Zagłębia Steelers) mogłaby na to wskazywać, o tyle można mieć spore wątpliwości. Do końca sezonu regularnego siedem meczów, a tabela wygląda następująco:

tabela topka

źródło: http://plfa.pl/tables

Ułożenie pierwszej trójki raczej nie powinno przechodzić rewolucji. Seahawks ostatnie dwa mecze grają z Kozłami (na wyjeździe) i Eagles (u siebie). Pierwszy z tych meczów nie powinien zakończyć się inaczej niż wysokim zwycięstwem, ale ostatnie spotkanie może wzbudzić „więcej” emocji. Nie bez kozery piszę to w cudzysłowie, bo wynik końcowy w 90% powinien orzekać na korzyść mistrzów, ale możemy liczyć na twardy, bliski mecz, w którym żadna ze stron nie odda łatwo pola przeciwnikowi. Teoretycznie podpieczni Dana Levy’ego mają jeszcze szansę na awans do TOP3, ale musieliby wygrać z Sharks i właśnie Jastrzębiami, jak również liczyć – co wcale nie jest przesadzone – na porażkę Primacol Lowlanders z Panthers (lub Husarią, choć to mniej realne). Mimo wszystko mecz w Gdyni do łatwych należeć nie będzie i byłoby sporą niespodzianką, jeśli taki scenariusz doszedł by do skutku (z drugiej strony na pewno zrekompensowałby nam burzę blowout’ów).

Walka w TOP3 o miejsce w półfinale powinna być najbardziej zacięta. Rewanż mistrza i wicemistrza jest jeszcze mocniej wyczekiwany niż na początku sezonu szczególnie, że gra nie jest już warta „świeczki”. Gdynianie chcą śrubować rekord, natomiast Panthers nie tyle co chcą i pragną, ale powoli muszą zdobyć to upragnione trofeum, które z pewnością napędzi – i tak już imponujący – rozwój klubu. Wynik w Lidze Mistrzów pokazuje, że to nie przypadkowa drużyna i z mistrzostwem na koncie może stać się pełnoprawnym przedstawicielem PLFA w Europie. Jednocześnie też przywodzi na myśl, że wcale tacy słabi, w skali europejskiej, nie jesteśmy i warto zapukać do drzwi tych rozgrywek, więc i może pomorzanie w przyszłym roku się skuszą. Maciej Cetnerowski po X SuperFinale bronił się, że zespół nie jest gotowy do takiej walki, ale skoro z Panthers coraz łatwiej im walczyć, to czemu i nie z Europą? W całym jednak zamieszaniu są jeszcze Primacol Lowlanders, którzy pragną zagrać w finale na własnym terenie w Białymstoku, a argumenty boiskowe do tego, jak najbardziej, posiadają. Jak powinny się ułożyć siły w elicie do końca sezonu? Mój typ (w wersji urealnionej i optymistycznej):

p. ZESPÓŁ M PKT
1. Seahawks 6 12 (10)
2. Panthers 6 10 (8)
3. Primacol Lowlanders 5 6 (8)

 

BOTTOM4 tak ekscytująco raczej się nie zapowiada. Jeśli Eagles nie wywalczą miejsca w TOP3, to właśnie oni powinni przewodzić tej grupie. Szczecinianie aktualnie próbują odnaleźć własną tożsamość, Rekinom, pomimo szczerych chęci i walki, ostatecznie brakuje niewiele do osiągnięcia celu, a Kozły walczą już nie tylko z przeciwnikami, ale przede wszystkim z sobą. W najbardziej prawdopodobnym scenariuszu, przed rundą rewanżową, tabela powinna układać się następująco:

4. Eagles 6 6 pkt
5. Husaria 6 4 pkt
6. Sharks 6 2 pkt
7. Kozły 6 0 pkt

W najbardziej optymistycznych prognozach moglibyśmy dopisać dwa punkty Sharks, a odebrać je Eagles, jeśli pojedynek między tymi drużynami (14.05) zakończyłby się pomyślnie dla Rekinów. Z drugiej strony moglibyśmy też zostać przy tych sześciu punktach lub nawet doliczyć kolejne dwa i zamienić pozycjami z Primacol Lowlanders, jeśli Dan Levy ze swoimi zawodnikami sensacyjnie wygraliby z ekipą Macieja Cetnerowskiego. Patrząc jednak na prezentowane formy tych ekip, szczerze w to powątpiewam.

Czas na zmiany?

Czy aktualne wyniki i różnica klas to wystarczający powód, aby poszerzyć Topligę? Drużyny są, ale czasem „chcieć” nie znaczy „móc”. Rok temu wielkie oburzenie wywołali Kraków Kings, którzy niespodziewanie pokonując faworyzowanych Seahawks Sopot, na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej, nie przystąpili do barażu z Kozłami Poznań. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej ta sytuacja pokazała nam, jak duża granica dzieli te dwa światy. Aby móc realnie grać w Toplidze, nie martwiąc się o budżet i nawiązywać wyrównaną walkę z silniejszymi drużynami, wymaga się minimalnie 100-130 tysięcy złotych (optymalnie 200-250 tysięcy) w kasie klubu. Jak trudno znaleźć pieniądze, sponsorów w futbolu – wszyscy dobrze wiemy. Spośród 81 aktywnie działających klubów w naszym kraju tylko garstka może sobie na to pozwolić. Bliźniacza drużyna mistrza Polski, gdyby wygrała z Kings pewnie znalazła by swoją szansę w Toplidze z pomocą całej organizacji Seahawks, ale to nie nastąpiło. Kings okazali się boiskowo lepsi, ale poza boiskiem już tak kolorowo nie było. Czy można ich za to winić? Cóż, a czy można winić dziecko za to, że się popłakało?

Aspekty finansowe to jedno, ale jest jeszcze poziom gry. Rozmawiałem ostatnio z jednym z zawodników PLFA 1, który ma za sobą grę w Toplidze i szczerze przyznał, że pomimo 30 lat na karku, tak jak w Topce już nie dorównywał kroku lepszym zawodnikom, tak tutaj nie ma z tym najmniejszego problemu. To przywodzi na myśl, że poziom gry tak samo rozgranicza, co aspekty finansowe. Jak w każdej firmie, oprócz chęci i zaangażowania, potrzebne są realne środki na osiągnięcie zamierzonego celu. Tych, w niektórych regionach kraju, jak na lekarstwo. Fakt, siedem drużyn to za mało, ale kontrasty są zbyt duże. Dodatkowo trzeba pamietać, że więcej meczów, to większe koszta. Seahawks, Panthers i Primacol Lowlanders może i są na to przygotowani, ale czy reszta też? Dobry przykład to chociażby zeszłoroczna Husaria, która borykała się zarówno ze zbyt krótką ławką rezerwowych, ale i też finansami, które na koniec sezonów były już na wyczerpaniu.

Reasumując, szansa zawsze jest i spróbować zawsze można, ale mało kto wie, jak duże ryzyko dla klubów to za sobą niesie. W jednej chwili można być na szczycie, a już za chwilę ugrząźć w bagnie.

Nie da się ukryć, że pewne zmiany są potrzebne szczególnie, że poziom z roku na rok wzrasta i drużyny z zaplecza niebawem nie będą miały czego w Toplidze szukać lub sama Topliga wytworzy własne zaplecze, tzw. „BOTTOM”. O tym jednak na pewno będzie szeroka dyskusja po sezonie, a dziś pozostańmy wierni rzeczywistości. Cokolwiek i jakkolwiek się zdarzy 16 lipca futbol amerykański w Polsce znów będzie obchodził święto. A kto wie… może Panthers dadzą nam powodu do jeszcze jednego świętowania…

Na koniec zachęcam do słuchania naszej audycji w pełni poświęconej futbolowi amerykańskiego w Polsce – Tour de PLFA, w każdą środę o 18:30 na kanałach stacji Radio Gol!

Tour de PLFA

Kuba Kaczmarek

About Kuba Kaczmarek

Z futbolem amerykańskim związany od 2006 roku. Redaktor NFL24 od 2013 roku, a od 2014 redaktor naczelny portalu. Kibicuje New England Patriots, jak również ma sympatię do St. Louis Rams. Zawodnik poznańskiego klubu futbolu amerykańskiego - Patriotów Poznań oraz redaktor portalu PiłkarskaPrawda.pl. Miłośnik wszelakich sportów.

One Response to W blisko połowie drogi do Białegostoku

  1. […] że nie ma większych różnic względem poprzedniej edycji. O siłach poszczególnych zespołów pisałem na początku miesiąca, a te niewiele zmieniły się od tamtego czasu. Najbardziej zacięte spotkanie, które mogliśmy […]

Dodaj komentarz