Z pamiętnika kibica: Byłem w futbolowym El Dorado

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Tęsknicie za sezon NFL tak samo jak my? W takim razie tekst naszego czytelnika zza Oceanu to dla Was pozycja obowiązkowa!

Ciężkie jest życie fanów NFL w kraju nad Wisłą. Obejrzenie transmisji dobrego spotkania równa się zarwanemu wieczorowi przechodzącemu w środek nocy. Na domiar złego emocje, które przynoszą nam te rywalizacje, przeżywać musimy samotnie, bo nikt z rodziny, czy przyjaciół, jakoś nie podziela zainteresowania. Jeśli zaś zamarzy się polskiemu fanowi obejrzenie spotkania na żywo, to w ogromnej większości przypadków kierunkiem jest Londyn. Dla mnie, jako fana Ravens, nawet spotkanie w Londynie byłoby spełnieniem marzeń. Zatem, kiedy pojawiła się dla mnie zawodowa szansa wyjazdu do USA, poznanie smaku NFL z bliska nie wydawało się już tak nieosiągalne. Los pokierował nas na Wschód, do Filadelfii, Miasta Braterskiej Miłości. Z mojej perspektywy – miasta leżącego 90 minut jazdy do Baltimore. Mając więc moją futbolową Mekkę na wyciągniecie ręki i cały kalendarz gier do wyboru, nie mogłem wybrać spotkania innego niż corocznie wyczekiwana wizyta Steelers. Wiele rzeczy mnie tego dnia zaskoczyło, kilka zszokowało, ale wszystkie złożyły się na niezapomniane popołudnie.

Pierwszym szokiem, który mi ten kraj zaserwował była skala szaleństwa jakim jest tu football. Jest wszędzie: w TV, w

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

prasie , na billboardach. Kartonowe sylwetki zawodników stoją obok Ciebie nawet gdy tankujesz samochód. Co więcej, w sieci sklepów spożywczych, w których robię zakupy, organizowane są specjalne promocje w dzień meczu – przyjdziesz do sklepu w koszulce Eagles i dostajesz 5% rabatu na całe zakupy. Uwierzcie mi, idąc w niedzielę „po bułki” krążę wokół zielonego tłumu. Co jest dla mnie jeszcze bardziej zaskakujące? A no to, że tutejsi fani wcale nie czują ogromnej potrzeby by osobiście być na stadionie. Moi koledzy z pracy – ludzie bardzo dobrze zarabiający i totalnie na punkcie footballu zakręceni – nie chodzą na mecze. Ba, większość z nich nigdy nawet na meczu Eagles nie była, choć gdy spotykamy się w poniedziałek rano, to rozmowy o ostatniej kolejce spotkań nie kończą się aż do środy, gdy na tapetę bierzemy kolejną kolejkę. Może trafiłem na zbyt wygodne środowisko, które preferuje obejrzenie cztero-godzinnego meczu w ciepłym fotelu niż na zimnym stadionie. A może, po prostu, nawet najbardziej rozkochani w footballu Amerykanie uważają, że ceny biletów są horrendalnie wysokie. Wiem, że ciężko w to uwierzyć widząc zapełnione stadiony, ale wystarczy wejść na sportowe fora, gdzie głos ludu jest jednoznaczny. Cóż, nikt nie mówił, że spełnianie życiowych marzeń będzie tanie. Bilety dla żony i dla mnie, na najwyższej kondygnacji stadionu, kosztowały mnie po $170. Dodatkowo, $40 opłatę skasowała strona internetowa, która pośredniczy przy sprzedaży biletów. W zależności od strony, gdzie zakupisz bilety, koszt jest zmienny, choć nie do uniknięcia. A to dopiero początek przyjemności.

Dzień przed meczem załatwiam parking blisko stadionu. 15 minut spacerkiem nie brzmi źle, a cena więcej niż dobra, bo ledwie $20. Na meczach Ravens i grających na sąsiednim stadionie Orioles zarabiają sprytnie pobliskie biurowce, które sprzedają swe podziemne parkingi. Zresztą, w takie dni zarabia tu kto tylko może. Przy naszym parking jest duża knajpa – tłum widać już z daleka, ale dopiero z bliska czuć niesamowitą atmosferę tego miejsca. W zasadzie, po minięciu jej zdaję sobie sprawę, że cała okolica jest nią przesiąknięta. Coś, czego nie sposób było wyczuć patrząc na gęstniejący tłum zza szyby auta.

Piękne niedzielne przedpołudnie. Na niebie żadnej chmurki. Bar w środku zapełniony do ostatniego metra, a na zewnątrz kolejne sto osób. Każdy z piwem i szybką przekąską. Niespotykany, w polskich sportowych realiach, widok pięciu postawnych gości odzianych w “pszczele” stroje Steelers, każdy jak jeden mąż z Roethlisbergerem na plecach, a obok rozmawiające z nimi, śmiejące się w głos, podstarzałe czarnoskóre kobietki. Jedna w wytartej i na pewno wiekowej koszulce Shannona Sharpe’a, a druga z Ray’em Lewisem, którego już i tak mnóstwo. Na rogach skrzyżowań rozstawione na szybko stragany z chińskimi podróbkami czapeczek, naszyjnikami z purpurowych piór i innymi badziewiami, które spotkać możecie i w polskich sklepach typu “wszystko po 5 zł”. Byle kolor się zgadzał.

Tłum powoli gęstnieje, a gdy mijamy stadion Orioles – wyniosły, z pięknej czerwonej cegły – w zasadzie jesteśmy niesieni przez rzekę ludzi, która zmierza w jednym kierunku – do wejścia na Ravens Walk, czyli chodnik prowadzący do stadionu. Nad głowami góruje M&T Stadium – na oko oddalony o kilometr. Z prawej strony widać niewielki park, ale to co przykuwa moja uwagę dzieje się po lewej stronie. Za metalowymi barierkami widać przy stadionowy parking, a na nim dzieje się coś o czym wcześniej nie miałem pojęcia – tailgate. Oglądaliście film pod polskim tytułem “Poradnik pozytywnego myślenia”? Rzecz działa się, nomen omen, w Philly. W jednej ze scen bohaterowie idący na mecz Eagles rozkręcają małą bijatykę właśnie podczas „tailgate”. Widząc tę scenę nie specjalnie rozumiałem jej otoczenie, ale widząc i czując na żywo, co działo się za płotem, byłem pod ogromnym wrażeniem. Czym jest „tailgate”? W Polsce nigdy się z tym nie spotkacie. To amerykańska tradycja biesiadowania przy otwartym bagażniku auta. Brzmi głupio? O nie, wyobraźcie sobie wielkie amerykańskie pick-upy, z których rozstawiane są grille, stoliki, kegi z piwem. Widok jest cudowny, a sama idea tak banalnie przaśna, że rodzi się pytanie: czemu nikt jeszcze nie wpadł na ten pomysł w naszym kraju?

Tailgaters_930x278

Tłum ciągnie do przodu i jak rzeka rozlewa się w zakamarki Walk’u. Tu też jest jedzenie i piwo, ale swoje trzeba odstać w kolejkach. Dodatkowo, cena za bułkę z kiełbaską z psa zmielonego z budą i ledwie jeszcze gazowane piwo, każe mi na następny raz na nowo przemyśleć wydanie pieniędzy na parking i mały polski tailgate.
Tłum dopchał nas w końcu pod stadion, gdzie rozlewa się w stronę poszczególnych bramek, więc nareszcie można trochę przystanąć i obejrzeć okolice stadionu (w tym dwóch odlanych z brązu miejscowych herosów). Pierwszy to Johnny Unitas, legendarny rozgrywający Baltimore Colts. Potrafił podawać piłkę jak mało kto, bo aż 52 lata zajęło pobicie jego rekordu w rzuconych przyłożeniach, a był nim Drew Brees z New Orleans Saints. Jakieś 20 metrów od niego stoi drugi posąg, jakże inny od majestatycznego  Unitasa. Ray Lewis – zastygły podczas swojego słynnego wiewiórczego tańca, którym rozgrzewał trybuny do czerwoności. Sam stadion robi niesamowite wrażenie, choć ma już przecież swoje lata. Żeby dojrzeć najwyższe punkty trybun i masztowe oświetlenia, trzeba porządnie zadzierać głowę do nieba.

stadion widok z ravens walk

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Do meczu zostało 40 minut, więc czas udać się do naszej bramy wejściowej, gdzie czeka na nas gigantyczna kolejka. Myślę sobie: „Będzie dobrze, jeśli zdążymy na początek spotkania”. Każdy kibic wchodzący na stadion musi przejść przez detektor metalu. Zakazane są torebki, plecaki, a wszystko co wnosimy ze sobą musi znajdować się w plastikowej, przezroczystej torbie. Te wszystkie środki ostrożności sprawiają, że kolejka przesuwa się ślimaczym tempem. Nad wszystkim, z gry schodów, czuwa policjant, jakby wyjęty z amerykańskiego filmu. Czarne spodnie, złota koszula, na piersi gwiazda i plakietka z nazwiskiem Bond. Koleś jest postawny, budzi respekt, a wszystko to dopełniają okrągłe ciemne okulary i kwadratowa szczęka, która rozpromienia się w wielkim uśmiechu, gdy stojący obok niego kibic (ubrany w koszulkę D. Pitty) podaje mu pustą puszkę po piwie prosząc o wyrzucenie do kosza obok. Kilka luźnych żartów, szybko skwitowane zgodnym stwierdzeniem, że “dzisiaj Dennis coś złapie” i Pan już jest za bramką. Ja stoję kilka metrów od niej, ale nie mogę pozbierać szczęki z podłogi. Jak to!? Puszkę? Policjantowi? Żeby wyrzucił? Gdy przypominam sobie  spojrzenia gburów obstawiających polskie wydarzenia, to jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak nasi Stróże Prawa wybierają złe drogi budowania respektu wśród tłumu.

 

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

W końcu weszliśmy i my. Do meczu osiem minut. Gdy dobiegamy na swoje miejsca trwa już prezentacja zawodników. Steelers już są przy swoich ławkach. Na boisko wbiegają po kolei gracze Ravens. Na początek mniej znani (wiadomo, trzeba budować emocje). Gdy czas przychodzi jednak na zawodników pokroju S. Smitha, J. Flacco czy M. Yande, to nie słychać własnych myśli, a gdy cały korowód zamyka T-Sizzle, to trybuny dosłownie się trzęsą. Mogę sobie jedynie wyobrazić, co działo się, gdy na boisko wychodził Lewis. Na boisku rozciągnięta jest spora flaga (wszak to listopad, czyli miesiąc, w którym Amerykanie oddają cześć swym żołnierzom), która dodaje niesamowitego klimatu do wyśpiewanego na żywo hymnu. Wszyscy słuchają w skupieniu, ale gdy nad boiskiem pojawia się specjalnie wytrenowany orzeł, wrzawa jest tak duża, że zagłusza słowa. Na zakończenie, obowiązkowe fajerwerki i przelot myśliwców. Za linią boczną, wzdłuż trybun biegnie Tony Siragusa – defensive tackle legendarnej obrony Kruków z 2000 roku. Jak zwykle jowialny, ubrany w garnitur – wyglądający jak „wielgusy” ze świty Tony’ego Soprano, gabarytami niewiele ustępujący trzydrzwiowej szafie – skacze i gestykuluje w kierunku trybun. Dobrze wie co trzeba robić, gdy do miasta przyjeżdżają Stalowi z Pittsburgha. Pierwszy gwizdek jeszcze nie zabrzmiał, a mi już serce wali jak młot.

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Pierwsze wrażenia? Gdzie do cholery jest linia oznaczająca 1st down? Ok, nie ma, ale wzrok wędruje na znaczniki za liniami, wiec szybko można rozeznać się w sytuacji. Gorszym problemem jest namierzenie tablicy pokazującej czas gry i która to próba. Zajęło mi to półtorej kwarty, bo choć wszelkiej maści ekranów jest bez liku, ten który mnie najbardziej interesuje jest malutki. Ginie wręcz pośród dwóch ogromnych telebimów nad end zones i podłużnych ekranów obiegających cały stadion kolorowym pierścieniem. Ekrany robią ogromne wrażenie, jakość obrazu jest znakomita, wiec nie muszę specjalnie wytężać wzroku by obejrzeć co smaczniejsze powtórki. Wokół stadionu, non stop, atakują mnie wyniki z innych boisk i przede wszystkim punktacja fantasy football. Porównując to co działo się na M&T Stadium do, np. Old Trafford, które też było mi dane odwiedzić, mam wrażenie, że jestem w cyrku. Jest głośno, ale nie od ciągłego dopingu fanów. Jest kolorowo, ale to bijące zewsząd telebimy, a nie jakieś formy zorganizowanego dopingu. Purpurowe morze okalające zielone boisko robi wspaniałe wrażenie wizualne, ale sama dynamika widowiska jest totalnie inna niż ta z boisk piłkarskich. Jest czas by łyknąć piwa, przekąsić hot-doga czy precla – wszystko doniesione do rąk własnych przez krążących po trybunach, obnośnych sprzedawców. Nie mogę wyjść z podziwu z jaką gracją wysoki, chuderlawy koleś tańczy na schodach niosąc nad głową spora skrzynie z lodem i puszkami.

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Pierwsze przyłożenie jest niespodziewane. Krótki slant i Mark Wallace zrywa się z piłką przez 95 yardów, aż do celu. Najdłuższe podanie do end zone puszczone przez Steelers od 1966 – całkiem nieźle.  Na telebimie pokazują łysego, roznegliżowanego grubaska, który celebruje zdobyte punkty. To Dan Granofsky – jeden z najsłynniejszych fanów Kruków z Baltimore, który na dobre wpisał się w stadionową tradycję. To on, po każdych punktach, musi wykonać swój taniec, a cały stadion mu wtóruje.

Erupcja radości jest niesamowita, ale po chwili przerwa. I kolejna. I kolejna. Taki jest urok tej gry. Ja siedzę jak 11_Caw_RealFanDan_newszahipnotyzowany, ale żonie trochę się nudzi. Moi znajomi, którzy siedzieli w innej części stadionu zmyli się w przerwie. Nie są fanami footballu, ale przyszli by na własne oczy zobaczyć o co w tym całym zamieszaniu chodzi. Poza kopnięciami niewiele im się spodobało. Szkoda, że nie połknęli bakcyla. Przyznaje im jednak pełną rację – kopnięcia też zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tucker, co prawda, wielkim kopaczem jest, ale precyzja z jaką to wszystko jest wykonane jest zachwycająca. Był też moment grozy, gdy Joe Flacco wykonał przedziwny slide na kolanie, w którym w ubiegłym roku zerwał ACL. Kibice Ravens mogą psioczyć na niego i jego kontrakt ile wlezie, ale gdy schodził z boiska na stadionie zapadła martwa cisza. Fakty są takie, że ewentualny sukces Ravens nie może odbyć się bez niego na boisku. Niepewne miny i fatalne myśli kołaczące się po głowie nie trwały jednak długo, bo Flacco wrócił na boisko przy kolejnym posiadaniu.

Mecz nie stał, według mnie, na wysokim poziomie sportowym, ale gdy ogląda się na żywo swój ukochany zespół, to patrzy się na boisko przez purpurowe okulary. Co by jednak nie mówić, pomeczowe powtórki są całkiem okazałe. Dwa przechwyty, zablokowany punt zamieniony na przyłożenie, zryw Steelers pod koniec spotkania nakręcany przez wybudzonego z głębokiego snu Antonio Browna. No i wisienka na torcie – nazwany najgorszym onside kickiem w historii:

Krótko podsumowując – czy warto wydać naprawdę spore pieniądze, by zobaczyć to całe zamieszanie? Pewnie! I z całego serca Was do tego namawiam. London Series – nie byłem, nie doświadczyłem, ale dla wielu naszych rodaków, to pewnie najlepsza możliwość zetknięcia się z NFL na żywo. Jeśli kiedyś w życiu przytrafi się Wam jednak możliwość wybrania się na stadion w USA, nie wahajcie się. Football to tutaj coś więcej niż gra, a już na pewno coś więcej niż możecie odczuć kibicując sprzed ekranu telewizora. To część miejskiej tradycji, nośnik aspiracji miasta czy całego regionu, ale też spoiwo miejscowej społeczności. Tego nie doświadczycie, nie będąc tutaj. Gdy na ekranie leci kolejna reklama Doritos na stadionie dzieją się według mnie rzeczy magiczne, z których telewizja nas niestety okradła. Wierzcie lub nie, ale miałem gęsią skórkę, gdy w przerwach miedzy kolejnymi zagraniami, przedstawiano miejscowych bohaterów, by cały stadion mógł oddać im hołd. Mistrzyni olimpijska w gimnastyce, dwukrotna mistrzyni paraolimpijska w pływaniu, która na boisko weszła ze swym psem przewodnikiem, ubranym oczywiście w koszulkę Ravens. Żołnierz odznaczony Purpurowy Sercem, który uratował życie koledze. Wspaniały pokaz musztry w wykonaniu gwardii policji stanu Maryland. Wszyscy witani owacjami, wszyscy mieli swój moment. Swój moment mieli także żołnierze – nieważne czy wciąż w czynnej służbie, czy już emerytowani. Gdy spiker poprosił by powstali, chwile później powstał cały stadion by owacją na stojąco podziękować im za swoją ofiarność. Szacunek do armii jest tu nieprawdopodobny. Oglądając kolejne Super Bowl, zwróćcie proszę uwagę co dzieje się na stadionie podczas hymnu, gdy na ekranie pokażą żołnierzy stacjonujących w Iraku, Afganistanie czy innym zakątku świata. Zawsze, ale to zawsze usłyszycie brawa. Choć byliśmy w Baltimore przejazdem, czułem, że to miasto kocha football, jakby krzyczało “Ravens są nasi”. Nie sposób ogarnąć żalu jaki musi pozostać w społeczności, gdy zespół przenosi się do innego miasta. A może Baltimore jest na to po prostu szczególnie wyczulone? Przecież też  straciło kiedyś swoich ukochanych Colts, których pod osłoną nocy przeniesiono do Indianapolis. Teraz wydaje się robić wszystko, by jesienno-zimowe niedziele były prawdziwym świętem.

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Archiwum prywatne: Mariusz Chodubski

Mariusz Chodubski

NFL24

About NFL24

Największa polska strona fanowska poświęcona futbolowi amerykańskiemu. Od 2009 roku dostarczamy fanom w Polsce najświeższych newsów, analiz oraz podsumowań z aren amerykańskich (NFL, NCAA, AFL) i kanadyjskich (CFL). Za główny cel stawiamy sobie promocję futbolu w Polsce – dyscypliny którą z roku na rok interesuje się coraz więcej naszych rodaków.

4 Responses to Z pamiętnika kibica: Byłem w futbolowym El Dorado

  1. Lukasz Gaszynski pisze:

    Najlepszy artykuł jaki czytałem na tym portalu. Brawo, poczułem się jakbym był w USA.

  2. EagelsFan pisze:

    Fajne!…. Będąc w NYC nie miałem okazji wyjścia na Gigantów… bilety na sezon zostały wyprzedane. Czasami pół roku wcześniej trzeba się starać. Ale za to zaliczyłem MLB i NHL… 🙂 Wrażenia podobne :D… szczególnie z kontr kibicami… już widzę jak kibice Wisły i Legii piekną wspólną kiełbaskę. :PPn

  3. kaliber pisze:

    Fajnie, że tam trafiłeś. Na pewno to są wspomnienia na lata. Co do wielu spraw się zgadzam, Podobnie było w Cincinnati. Na mecze było ciężko się dostać nawet wtedy kiedy grali słabo. Teraz jest podobna akcja z tymi koszulkami np. w Krogerze. Moim zdaniem MLB nie da się porównać do NFL. Byłem parę razy na Reds i to była nuda. Ale bilety po 8 dolców 🙂 NBA i NHL to też nieco inna bajka. Football to jest Nr 1 za Oceanem i to się czuję na stadionie i w trakcie każdego tygodnia.

Dodaj komentarz