NFL 2016: O mały włos, czyli podsumowanie TNF!

Oakland Raiders v Denver Broncos

Dzisiejszą noc, kibice zebrani na Qualcomm Stadium, zapamiętają na długo. Gospodarze walczyli przełamanie swojej niemocy w czwartej kwarcie, a przyjezdni mistrzowie o przywrócenie dobrego imienia. Komu udało się osiągnąć zamierzony cel?

Jeszcze sześć dni temu Denver Broncos byli niepokonaną drużyną, która, jak na mistrza przystało, potrafiła wykorzystać wszystkie swoje atuty i potwierdzać swoją dominację rozpoczętą przed rokiem. Dziś, po drugiej z rzędu – mało spodziewanej – porażce z San Diego Chargers na Qualcomm Stadium, obserwujemy powolny upadek dynastii, która przecież miała rządzić drugi sezon z rzędu. Wydawać by się mogło, że mecz z San Diego powinnien pozwolić odżyć ekipie z Kolorado, lecz stało się wręcz przeciwnie. To gospodarze złapali wreszcie głęboki oddech i przełamali bilans trzech z rzędu niepowodzeń. Polowanie na mistrza rozpoczęło się na dobre i teraz każdy mecz stanie się dla nich jeszcze trudniejszy.

Jeszcze wczoraj pisałem, że kluczem w tej rywalizacji będzie czwarta kwarta spotkania i o mały włos, a miałbym rację. Gdy wchodziliśmy w ostatnią fazę spotkania, gospodarze prowadzili 21:3 i o ile każdy inny kibic byłby już spokojny o końcowy rezultat, tak w San Diego dopiero zaczęto się denerwować. Chargers stracili 10 punktów i na 32 sekundy przed końcem goście zaryzykowali przy wykopie piłki onside kick’iem. Początkowo piłkę przechwycili gospodarze, lecz zanim wszyscy oszaleli ze szczęścia, Mike McCoy poprosił o czas, jakby nie wierząc w umiejętności swoich zawodników, przez co zagranie zostało anulowane, a przyjezdni mieli szansę powtórzyć wykop. I zgadnijcie, co się stało… Tak… Broncos odzyskali piłkę. Na szczęście dla trenera i jego przyszłości seria ofensywna Mistrzów zakończyła się nieudaną próbą Hail Mary i McCoy mógł odetchnąć z wielką ulgą.

O ile czasy McCoy’a w San Diego jeszcze trwają, to Joe DeCamillis’owi trudno będzie w przyszłości o angaż na posadę trenera głównego. Pod nieobecność Gary’ego Kubiaka to właśnie on przejął obowiązki tego szanownego stanowiska, ale nie podołał. Phillip Rivers już od samego początku rozpoczął mecz niczym perfekcjonista, bo aż 7 z 9 jego podań trafiało prosto w ręcę odbiorców, kończąc serię wyśmienitym podaniem do TE Huntera Henry, który miał być jednym z postrachów dla formacji defensywnej „Pomarańczowych”. 

Tak jak nie popisała się defensywa gości, tak gospodarze nie pozwolili rozpędzić się Siemianowi szybko zatrzymując jego serię i znów, Rivers mógł wrócić do pracy. Chyba tylko mały procent fanów mógł przewidzieć tak ogromną dominację w pierwszych minutach:

Jednak spokojnie, bez ekscytacji, bo nie obyło się bez pomyłek. W drugiej kwarcie gospodarze pokazali dlaczego ich bilans to 1-4, a nie 5-0, za sprawą Travisa Benjamina:

https://twitter.com/NFL/status/786739297936248832

I tak jak Rivers rzucał jak natchniony, to Siemian miał problemy w trafieniem w kogokolwiek. Tylko 39 jardów i 6 celnych podań na 11 możliwych to nie są statystyki na miarę wygrania meczu (choć jakby się zastanowić, to Manning przed rokiem miewał przecież podobne…). Po przerwie oblicze spotkania nie uległo zmianie i to głównie gospodarze punktowali trzema z kolei kopnięciami na bramkę.

Czwartą kwartę otwieraliśmy wynikiem 21:3, gdy wtem powróciły demony, tzn. błędy Chargers, o których już wspominałem na początku. Najpierw fumble Riversa, który pozwolił na 51-jardowy drive zakończony w end zone i pierwsze (!) przyłożenie Broncos w tym meczu. Dodatkowo, jeszcze przed onside kickiem mieliśmy sytuacje C.J. Andersona, który świetnym, choć szczęśliwym, biegiem zdobył przyłożenie, ale błąd w linii wznowienia akcji popełnił LT Russell Okung, który przetrzymywał przeciwnika, przez co akcja została skasowana. Na koniec Mike McCoy zdążył popełnić dodatkowy błąd, przez co zgromadzeni kibice musieli zacząć sprawdzać, czy nie mają czasem pod krzesełkiem defibrylatora, ale ostatecznie wszystko skończyło się po myśli gospodarzy.

Konkludując: nie wińcie defensywy za porażkę. O ile źle rozpoczęli mecz, tak później trzymali Chargers z dala od swojego endzone, pozwalając jedynie na kopnięcia na bramkę. W dzisiejszym meczu głównie zawiodła ofensywa, która przestała funkcjonować. Tego czego obawialiśmy się przed sezonem, właśnie teraz znajduje swoje potwierdzenie. Trevor Siemian ostatecznie zakończył mecz z kompletnością podań na poziomie 30/50, przez co jego passer rating wyniósł zaledwie 77.9. Jednak to nie był jedyny słaby punkt drużyny. Nie popisał się również C.J. Anderson, który w 10 próbach wybiegał tylko 37 jardów, a jego śladem poszli też Emmanuel Sanders i Demaryius Thomas, którzy razem (!) zdobyli 75 jardów. Ten ostatni zanotował dodatkowo fumble w finalnych minutach meczu.

Zawodnicy obu drużyn nie rozpieszczają w tym sezonie swoich kibiców. Dla San Diego to dopiero drugie zwycięstwo, ale jakże ważne w kontekściu uratowania swojego sezonu. Tę drużynę stać na wygrane, bo bez wątpienia dysponują odpowiednimi ku temu zawodnikami, ale potrzebują długich sesji ze swoim psychologiem, który popracuje nad ich cierpliwością. Natomiast dla Broncos to druga z rzędu przegrana, która psuje bilans i niepokoi w kontekście przyszłości. Falcons pokazali jak grać przeciwko temu zespołowi, Chargers to potwierdzili, a więc nic nie wskazuje na to, żeby aktualni mistrzowie mogli zwalić winę porażki na „zły dzień” i z optymizmem patrzyli na dalszą część sezonu. Zaczyna się gorący okres w Denver…

WYNIK SPOTKANIA:

San Diego Chargers – Denver Broncos 21:13 (7:0; 3:3; 9:0; 10:2)

 

Kuba Kaczmarek

About Kuba Kaczmarek

Z futbolem amerykańskim związany od 2006 roku. Redaktor NFL24 od 2013 roku, a od 2014 redaktor naczelny portalu. Kibicuje New England Patriots, jak również ma sympatię do St. Louis Rams. Zawodnik poznańskiego klubu futbolu amerykańskiego - Patriotów Poznań oraz redaktor portalu PiłkarskaPrawda.pl. Miłośnik wszelakich sportów.

2 Responses to NFL 2016: O mały włos, czyli podsumowanie TNF!

  1. osinho pisze:

    autorem fumble był Kenny Wiggins a nie Rivers;

    swoja drogą to był ciekawy pomysł DeCamillisa – punt po safety w środek formacji przeciwnika na zawodnika który łapać nie umie (Wiggins to OL) a nie jak najdalej jak to jest w zwyczaju

  2. ed reed pisze:

    Przewidziałeś losy spotkania prawie w 100% i wracam honor, to nie był marketingowy bełkot. Miałem wrażenie, że zamienili się strojami te dwie drużyny. Broncos wyglądało a raczej nie wyglądało na 4-1 a chargers grało z mistrzami jak niepokonana drużyna, pewna siebie, neutralizująca ataki a nie jako jej bilans to 1-4

Dodaj komentarz