Zepsuta impreza

nfl-logo

W tym tygodniu Miami Dolphins hucznie obchodzili 50 rocznicę założenia klubu. Aby zachować matematyczne szanse na playoffy musieli wygrać z Giants. Ci z kolei mają znacznie prostszą drogę do postseason z racji słabszych rywali w dywizji. 

Do Miami Gardens zjechało 50 najlepszych zawodników w historii klubu, w tym takie ikony jak Dan Marino, Bob Griese, Larry Csonka, Nat Moore czy Nick Buoniconti. Tradycyjne stroje zastąpiono znacznie (przynajmniej w mojej opinii) ładniejszymi nawiązującymi do początków franczyzy z południowej Florydy. Endzone pomalowano tak, by przypominało pole punktowe z legendarnego Orange Bowl, a stadion był wypełniony po brzegi. Żeby święto miało pełny wymiar, ich ulubieńcy musieli pokonać gości z Wielkiego Jabłka, którzy pierwszy raz od 19 lat zawitali do Miami (dla Eliego był to pierwszy mecz w tym mieście).

usa-today-8997318.0

Umówmy się – postseason dla mieszkańców Miami to od dawna mrzonka. Wczoraj jednak ciśnienie było o tyle większe że miasto celebrowało 50 lat związku z profesjonalnym futbolem. Oglądając swoich zawodników zwyciężających niczym perfect team w 1972 kibice Dolphins mogliby z rozrzewnieniem wspomnieć dawne, lepsze czasy. Ponadto spotkanie przyciągało ze względu na (co prawda pośrednią) rywalizację byłych kolegów z LSU :Jarvisa Landry’ego z Odellem Beckhamem Jr.

CWPaMz6UkAAgfmV

Trzeba powiedzieć, że zarówno jeden jak i drugi wspięli się na Himalaje swoich możliwości. OBJ przyćmił kompletnie swoich kolegów i dzisiaj, gdy myślisz „futbolista ubrany na biało z niebieskim kaskiem” – myślisz „Beckham Jr”. Nie podzielacie mojego zdania? To zobaczcie przyłożenie w jego wykonaniu:

Natomiast co do Landry’ego – mam wrażenie że chłopak był za bardzo eksploatowany. Grał praktycznie na każdej możliwej dla WR pozycji, czy to po lewej, prawej stronie czy na slocie – „Juice” był wszędzie. Ponadto Dan Campbell podjął decyzję (w moim mniemaniu niezbyt słuszną) o wystawieniu go na return. Na początku co prawda odciążał go Lamar Miller, ale potem był już alfą i omegą w formacji ofensywnej Dolphins. Pod koniec czwartej kwarty Landry ledwo zipiał, co było zapewne spotęgowane ponad 90% wilgotnością. Zaczęły mu wypadać proste piłki, a raz w akcje frustracji już po akcji wywrócił defensora Gigantów. Oczywiście dostał flagę i 15 jardów, które na dobrą sprawę odebrały szanse na wyrównanie meczu.

Jeżeli już mówimy o flagach – Giants byli karani 3 razy na łączną sumę 25 jardów a Dolphins… 12 razy na  123 jardy! To jest jedna z głównych, jak nie główna, przyczyna porażki Delfinów. Dlaczego jeszcze nie wspominałem o defensywach? Bo tak naprawdę nie ma o czym. Giants muszą wrócić pamięcią do zajęć w ogólniaku i nauki tacklowania, bo chyba zapomnieli jak to się robi (TD Millera jest idealnym tego przykładem). Zaś ekipa z Miami zamiast swojego popisowego A-Blitz pokazała… no właśnie nic. Zamiast wykrzykiwać zagrywki DC Lou Anarumo mógłby równie dobrze śpiewać „Wlazł kotek na płotek” – na jedno by wyszło. A za to co zrobili w przypadku drugiego TD OBJa – parafrazując Franza Maurera – „w każdym normalnym klubie byliby ścierwem”.

Reasumując – było to niesamowicie wyrównane spotkanie gdzie pierwsze skrzypce grały ofensywy – jest to świetny mecz na początek przygody z futbolem. Giganci wyrównują się liczbą zwycięstw z Eagles i Redskins i trzeba przyznać, że z tego grona wydają się być najsilniejszą drużyną. Za tydzień mierzą się z niepokonanymi Panthers i są dla nich ostatnią poważną przeszkodą na drodze po perfect season. Dolphins natomiast tracą nawet matematyczne szanse na postseason i reszta spotkań będzie z kategorii tych „o pietruszkę”.

Kuba Tłuczek

About Kuba Tłuczek

Zamościanin, fan futbolu od 9 lat, tyleż samo kibicuje Delfinom z Miami. Pisze o NFL i CFL. Z NFL24 związany od kwietnia 2013 roku.

Dodaj komentarz