NFL 2016: Tradycji stało się zadość

Ben-and-AB

… i wcale nie chodzi o smakowanie indyka za linią boczną. W piątkową noc, podczas Thursday Night Football Pittsburgh Steelers gościli w Indianapolis. Która z drużyn wywalczyła dodatni bilans?

Po czterech tygodniach niemocy, które doprowadziły do wyjściowego bilansu (5-5), goście przyjechali głodni smakowitego indyka zwycięstwa. Do Indianapolis przyjeżdżali w roli faworytów i to nie tylko przez fakt przeszłych rywalizacji, ale brak Andrew Lucka, co znacznie osłabiło ofensywę gospodarzy. Jak pokazuje historia, ostatnie pojedynki były dosyć jednostronne. Pierwszy mecz w 2014 roku zakończył się wynikiem 51-34 dla dzisiejszych gości i 522 jardami Big Bena z aż sześcioma przyłożeniami. O drugim spotkaniu, rok temu, fani z Indianapolis nie chcą pamiętać – 4 przyłożenia rozgrywającego Stalowych, 364 jardy i miażdżący wynik końcowy, 45-10. Czy i tym razem było nam dane oglądać mecz jednego zespołu?

Otóż… tak. To był klasyczny pojedynek, w którym Big Ben wraz z Antonio Brownem przejęli kontrolę nad defensywą rywali i zrobili z nią co chcieli (trzy przyłożenia to wystarczający dowód). Wbrew ostatniej dyspozycji, Steelers jeszcze nie zginęli! Gdyby przyjrzeć się ich ostatnim porażkom: Dolphins (którzy zagrali nieporównywalnie lepiej od przewidywań), Patriots (z Tomem Brady, a bez Roethlisbergera), Ravens (dla których była to ostateczna rywalizacja), Cowboys (aktualnie najlepsza drużyna w Lidze). To nie były wstydliwe porażki, a takie wygrane jak z Browns i Giants mogą być istotnym krokiem naprzód w drodze po playoffs. Oczywiście, o niczym nie decydują, bo przed nimi trzy mecze wewnątrz dywizji, ale ich pozostały kalendarz nie powinien sprawić im większych trudności (w porównaniu do Ravens, którym zostali: Patriots, Dolphins, Eagles czy dwumecz z Bengals). Dzisiejsza wygrana znacznie przybliża ich do pierwszego miejsca w AFC North.

Gorzej już być nie może…

Indianapolis Colts po meczu z Tennessee Titans wyglądali jak pewni pretendenci do zwycięstwa w AFC South. Cóż, w NFL wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, bo bez Andrew Lucka w składzie wyglądają jak bezbronne dzieci czekające na powrót głowy rodziny. Po dzisiejszym spotkaniu jasno możemy stwierdzić, że przed nimi jeszcze trudniejsze czasy, a wszystko przez multum nowych kontuzji, tj. T.Y. Hilton (lider wśród skrzydłowych), Robert Mathis (lider wśród linii ofensywnej), Vontae Davis (lider wśród cornerbacków), Ryan Kelly (starter na linii ofensywnej) oraz Denzelle Good (starter na linii ofensywnej). Po jednym meczu wymiany podlega: cała linia chroniąca rozgrywającego (co przecież i tak z nie najlepszym skutkiem im wychodziło), główny cornerback, który brał na siebie najcięższych skrzydłowych do pokrycia oraz jedyny pewny adresat podań egzekwowanych przez Andrew Lucka. A przed nimi trzy wyjazdowe spotkania…

We wczorajszej zapowiedzi pisałem, że mocny pass-rush i zintensyfikowana presja na Tolzienie, którego trzeba jak najmocniej stłamsić, sprawić, by temu grało się jak najmniej komfortowo, będzie kluczem do wygranej. Te słowa znalazły swoje potwierdzenie już w pierwszej akcji meczu:

Gospodarze co prawda odzyskali piłkę, ale kilka akcji później musieli puntować przy sytuacji 4th&25. Tu dochodzimy do mojej kolejnej zapowiedzi z wczoraj: „Trudno powiedzieć, żeby defensywa gospodarzy miała większe szanse z szaleńczą ofensywą prowadzoną przez Roethlisbergera, dlatego możemy spodziewać się szybkich i efektywnych serii ofensywnych gości.” Tak też stało się w pierwszej serii ofensywnej tejże formacji.

Długo zastanawiałem się wczoraj, czy Chuck Pagano będzie miał odpowiednio duże jaja, żeby zaryzykować i dać Tolzienowi pograć więcej piłką. Nie sztuką jest biegać przez cały mecz, a więc trzeba szukać sposobu na „oszukanie systemu”. Od czasu do czasu to się udawało, jak chociażby na początku drugiej kwarty:

Takie jednak zagrania to dla tego meczu wybryk natury aniżeli faktyczna bitwa Pagano na taktyki rodem z tych spod ręki Billa Belichicka. Niezdolność Tolziena do prowadzenia ofensywy była imponująca. Choć gospodarze starali się być agresywni, to jednak nie potrafili zdziałać nic konkretnego w red zone rywala, dwukrotnie doprowadzając do 4th&20. W normalnej rzeczywistości na pewno starali by się kopać i zdobywać choć najmniejszą ilość punktów, ale bez Lucka musieli ryzykować i chwała im za to. Jednakże sposób w jaki to robili woła o pomstę do nieba. Pisałem wczoraj, że Scott Tolzien to powód do większej pracy dla Franka Gore’a, a tymczasem… z piłką biegała cała trójka Gore-Turbin-Tolzien, a w czwartych próbach drugi rozgrywający dostawał pozwolenie na rzuty. To nie był plan doskonały, a raczej desperacki ze strony Chucka Pagano.

Goście zrobili to, co udawało im się przez te wszystkie trzy lata w tej rywalizacji – karali defensywę Colts i wykorzystali wszystkie luki w ofensywie trzymając ich na dystans. Mecz tak bardzo przewidywalny, jak indyk na Święto Dziękczynienia.

 

Kuba Kaczmarek

About Kuba Kaczmarek

Z futbolem amerykańskim związany od 2006 roku. Redaktor NFL24 od 2013 roku, a od 2014 redaktor naczelny portalu. Kibicuje New England Patriots, jak również ma sympatię do St. Louis Rams. Zawodnik poznańskiego klubu futbolu amerykańskiego - Patriotów Poznań oraz redaktor portalu PiłkarskaPrawda.pl. Miłośnik wszelakich sportów.

One Response to NFL 2016: Tradycji stało się zadość

  1. krisow pisze:

    Oglądałem ten mecz i Tolzien zagrał chyba w miarę jak na swoje możliwości. Gdyby zdobyli punkty w tych dwóch seriach, gdzie byli w red zone? Upuszczone dobre podania do Hiltona i Moncriefa?

Dodaj komentarz