Historia meczu bez historii

nfl-logo

Pierwszy mecz czwartkowego Święta Dziękczynienia za nami. Detroit Lions na własnym stadionie podejmowali Philadelphie Eagles. Mecz nie zapowiadał się porywająco, ale ciężko było wytypować zwycięzcę. Co się działo? Zapraszam na podsumowanie.

 

Detroit Lions podchodzili do świątecznego meczu z Philadelphia Eagles z bilansem 3-7, podczas gdy zawodnicy z Pensylwanii, 4-6. Mecz zapowiadał się jako średnie widowisko i dokładnie tak się rozpoczął. Pierwsze dwa drive’y obu drużyn to wycieczki nie przynoszące punktów, dużo bliżej tej kwestii byli Eagles, kiedy to Caleb Sturgis trafił w słupek przy próbie zdobycia trzech punktów. Następne dwa posiadania to punty z obu stron, po słabej grze Marka Sancheza i kilku dobrych podaniach Stafforda w ręce Golden Tate’a. W końcu przyszedł czas na punkty. Pierwsze przyłożenie zdobyli Lions, po 8 jardowym podaniu Stafforda do Theo Riddicka, runningbacka drużyny z Motor City. Drive mógł się podobać – bardzo dynamiczny, prowadzony głównie przez zawodników wywodzących się z college’u Notre Dame. W końcu zobaczyliśmy przebłysk tej, niewątpliwie, utalentowanej ofensywy, ale czy ten tlący się ogień dostanie na tyle tlenu, aby wybuchnąć większym płomieniem?

Z odpowiedzią przyszedł Mark Sanchez. Pod koniec pierwszej kwarty był dokładnie na pierwszym jardzie Lions, a drugą kwartę zaczął podaniem do Murray’a, który stracił jeden jard. Przyłożenie w takim przypadku to raczej kwestia czasu i tak też było, po dwu jardowym podaniu do Benta Celeka i podwyższeniu Sturgisa, Eagles doprowadzili do remisu. W tym drivie, warte odnotowania jest wybiegnięcie pięknej ścieżki przez Burtona, który złapał pierwszą piłkę w tym sezonie. Co do przyłożenia, było to trzecie w wykonaniu Celeka, jak i Sancheza w tym sezonie. DeMarco Murray po pierwszej kwarcie miał zdobyte 24 jardy w 10 biegach, gdzie na początku miał 7 biegów i cały jeden jard. Co z tym Murray’em? Nie, nie. Co z tą linią!?

Druga kwarta zaczęła się od ofensywnego rajdu Lions i tak to właśnie trzeba nazwać. Po dwóch biegach Stafforda i kilku trafionych podaniach, do end zone rywali wbiega Golden Tate. Nie wbiega, wchodzi. Po pięknym cut’cie urządził sobie dwujardowy spacerek. Mamy już 17:7.

Ofensywny drive Eagles, to bardziej stop niż drive. Po trzech próbach Ansah pięknie sackuje Sancheza, co powoduje punt. Stafford po paru świetnych podaniach do Calvina Johnsona zbliża się do field-goal range, a tam melduje się, perfekcyjny w takich sytuacjach, Matt Pratter. 48 jardów? Yes, Sir! Ustalającym wynik punktem w tym meczu jest kolejne piękne podanie Stafforda do Megatrona – 25 jardów i genialny chwyt w end zone. Połowę kończymy z wynikiem 24:7, a zawodnicy schodzą na gryz indyka w sosie.

I faktycznie, widać było, że indyk musiał się „ułożyć”, akcja zaczęła się dziać w mojej głowie w około 8 minucie po dość ciekawym zdobyciu pierwszej próby przez Megatrona, mianowicie „wyciągnął się jak struna”, praktycznie na czworaka zdobył tę próbę i wtedy zadałem sobie pytanie: „Czy to jest breakout game Megatrona?”. Odpowiedź dostałem jakieś 50 sekund później, kiedy Calvin Johnson złapał kolejne podanie na TD. Co prawda nie był to wielki zysk, ani jakiś cudowny chwyt, ale przyłożenie to przyłożenie i nie ma się co kłócić. 4 jardy. Gramy dalej.

Ofensywny drive Eagles zakończył się dość szybko, sackiem Ngaty i wypuszczeniem piłki przez Sancheza, którą podniósł Ansah (zawodnik ten zaliczył w meczu łącznie 5 sacków). Nie trzeba było długo czekać, aby Matt Stafford poczuł miętę do Megatrona po raz trzeci, na zdobycz 3 jardów. Piąte przyłożenie Stafforda i trzecie Megatrona. Brilliant. Wynik ustawiony na 38:7, a mina Chipa Kelly’ego mówiła coś w stylu: „Gdzie jest mój indyk?”. W czwartej kwarcie pięknym biegiem na 39 jardów popisał się Bell, który następnie zdobył biegowy TD z pierwszego jarda, tym samym podbijając wynik meczu na 45:7. Po kilku snapach stagnacji i braku akcji, niczym w typowym polskim serialu, na trzy minuty przed końcem przyłożenie łapie Jordan Matthews (Eagles, bo pewnie to coś dziwnego, że jednak jeszcze walczą). Ostatecznie wynik zatrzymał się na 45:17. Była to najwyższa wygrana w Thanksgiving Game Lions od 1997 roku, kiedy pokonali 55:10 Chicago Bears.

sanchez4

Co możemy się dowiedzieć z tego meczu:
– DeMarco Murray chyba zbiegł ze stadionu, chociaż komentatorzy twierdzili, że jest oszczędzany przez Chipa Kelly’ego. Oszczędzany? Na co?
– Czy Megatron wrócił? Jak dla mnie tak, effort, jaki pokazał był wysoki. Statystyki: złapał 8/14 piłek na 93 jardy. Średnia 11.6 jarda na chwyt. Źle? Nie najgorzej. Dodajemy 3 TD i cieszymy się, że Calvin Johnson wrócił.
– Stafford rzucił 337 jardów w 27 trafionych podań z pośród 38 prób. Gdyby nie te opuszczone podania w początkowych częściach meczu, na pewno byłoby lepiej.
– Lions zdobyli łącznie 108 jardów w akcjach biegowych, a to daje wynik o 38 jardów wyższy od przeciętnej zdobyczy w tym sezonie.
– Sanchez zaliczył 6 sacków. Aby znaleźć ofensywną linię trzeba będzie wynająć Sherlocka Holmesa, mimo wszystko 199 jardów nie jest takim złym wynikiem, przy takiej ofensywie, jaką proponowali mu jego skrzydłowi.
– Trey Burton potrafi zaskoczyć a przy częstszym wystawianiu go w składzie, może być całkiem sexy w następnym sezonie.
– Czy Chip Kelly może być na tyle pewny swojej posady, na ile mu się wydaje?

I z tym pytaniem Was zostawiam.

Kamil Słonka

About Kamil Słonka

Autor portalu o Oakland Raiders, którym kibicuję od 2009 roku. Moim ulubionym zawodnikiem jest Mike Vick. Lubię ostry, siłowy i szybki futbol. Poza futbolem destyluję rapu z Kalifornii i nie pogardzę piwkiem przy meczu Boston Celtics.

4 Responses to Historia meczu bez historii

  1. Jopa pisze:

    Lions zdobyli 108 yardów? Chyba literówka się trafiła 🙂

  2. Szarlatan pisze:

    Po co opisujecie pojedynczy mecz, który każdy zainteresowany mógł sobie bez problemu obejrzeć?

Dodaj komentarz